Wyjeżdżając z lotniska w Izmirze minęliśmy sznur samochodów udekorowany czerwonymi flagami z białym księżycem i gwiazdą. Z okien wystawały proporce tego samego koloru, na tylnych szybach transparenty oraz plakaty partii CHP. Pilot naszej wycieczki, odczytując pytające spojrzenia, wyjaśniła, że w najbliższą niedzielę odbywają się wybory, a to jest jeden z protestów, które w tym tygodniu powinny być dla nas częstym widokiem. Nie był to pierwszy raz, kiedy widzieliśmy takie transparenty. Rok temu mijał nas podobny konwój na lokalnej drodze ekspresowej, skutecznie uniemożliwiając nam przejście na drugą stronę przez kilka minut. W tym roku natomiast mieliśmy okazję uczestniczyć w pochodach pierwszomajowych na placu Taksim w Stambule. Nie byliśmy w samym centrum wydarzeń, tylko na jednym z miejsc wymarszu, przeznaczonym dla zwolenników TKP, przy pałacu Dolmabahçe. Byliśmy jednak wystarczająco blisko by poczuć z jednej strony napięcie towarzyszące tym politycznym manifestacjom, a z drugiej swojską piknikową atmosferę. W przypadku obchodów na placu Taksim było to wydarzenie wyjątkowe, ponieważ władze pozwoliły na pochód w tym roku po raz pierwszy od ponad trzydziestu lat, kiedy to manifestacje tego typu zostały zakazane wkrótce po masakrze, w której zginęło około trzydziestu osób. Do dziś nie zostało wyjaśnione kto naprawdę strzelał. Istnieje tutaj nawet teoria „inside job”, „derin devlet”, „państwo w państwie”, która sugeruje, że mogły być to służby specjalne. Jak to zwykle w tego typu wydarzeniach i poszlakach - o obiektywną opinię trudno, więc co się stało naprawdę, musi pozostać tajemnicą. Nie dziwi jednak ostrożność władz, które w tym roku postawiły wokół placu Taksim armię policji, zdemontowały szyby w przystankach i zamknęły metro. Turcja jest krajem przyjaznym dla przyjezdnych, bez dwóch zdań, ale też w głębi pełnym wewnętrznych napięć.
Jechaliśmy tak autokarem z Izmiru do Kuşadası, patrząc przez szybę na przesuwające się złote pola, skaliste góry, błękitne zatoki, historyczne ruiny oraz plastikowe hotele. Znajdując się w dziwnym stanie świadomości spowodowanym prawie zupełnym brakiem snu poprzedniego dnia (pakowanie) i zmęczeniem podróżą, zdałem sobie sprawę jak trudno jest ogarnąć Turcję: państwo wielonarodowościowe, ale mocno nacjonalistyczne, spadkobiercę potężnego kosmopolitycznego imperium, mocno świeckie, ale współrządzone przez partię odwołującą się do islamu, demokratyczne, ale silnie wojskowe, czasami niepoprawne politycznie i dążące (lub nie) w kierunku Zjednoczonej Europy. Zdałem sobie sprawę jak wiele znam haseł, wyrwanych z pełnego kontekstu fragmentów, kawałków historii, kultury, informacji o współczesnych problemach tego państwa, ale też jak słabo usystematyzowana jest ta wiedza, pozbawiona tła, nie pozwalająca wyrażać własnych opinii które mógłbym racjonalnie poprzeć.
Jednocześnie na innym poziomie pojmowania, bez tych wszystkich informacji czuję sentyment do tego miejsca, ze względu na kolorowe różnice kulturowe, życzliwość napotykanych ludzi, niezapomniany widok promów pływających po Bosforze, wolno żyjące wspólne koty i psy, trudny i wciągający język, niezliczone skarby starożytnej historii pozwalające przenosić się w czasie, sztukę rozwijającą się pod wpływem wielu religii i kultur, tworzącą bogactwo wzorów i kształtów, słodką herbatę sprzedawaną na każdym kroku w małych filiżankach, sztukę kulinarną, która jest ciągle u nas niedoceniana ze względu na nie tyle mylne, co jednoznaczne skojarzenie z krojonym mięsem z rusztu w bułce. Ten sentyment sprawia, że tęsknię, chcę wracać oraz stanowi źródło energii potrzebnej do zgłębiania tych wszystkich szczegółów o których zacząłem pisać wcześniej.
Przypomniała mi się też przewodnia myśl książki Maksa Cegielskiego „Oko Świata”, która przedstawiła Stambuł z jego historią i współczesnymi problemami, ludźmi go zamieszkującymi i ich spojrzeniem na życie w tym miejscu jako soczewkę ogniskującą problemy całej Turcji, a nawet całego świata. Wydaje mi się, że to bardzo trafne spostrzeżenie. Poznając Turcję, poznajemy historię wielonarodowościowego imperium zmieniającego się w monolityczne silne państwo, uderzające w różnorodność zamieszkujących go narodów i doznające z tego powodu wewnętrznych napięć. Porównajmy, często krytykowaną przez Unię, Turcję z dzisiejszą Europą, która w obliczu kryzysu ekonomicznego, zaczyna powoli, kraj po kraju izolować się, nacjonalizować, a nawet wyrzucać niechciane społeczności. „Nie” dla minaretów, przenieśmy fabrykę do naszego kraju, dla naszych robotników, wyrzućmy Romów, zróbmy coś z drążącymi nasze systemy socjalne Turkami. Te hasła pojawiają się dziś w ustach zarówno szybko krytykowanych, niepoprawnych politycznie polityków SPD jak i barwnych czołowych polityków takich jak prezydent Sarkozy. Co niepokojące, hasła te znajdują poparcie w społeczeństwie i wypowiadający je politycy pewnie dobrze o tym wiedzą. I są to dużo ważniejsze rzeczy niż garstka fanatyków wokół krzyża na Krakowskim Przedmieściu, choć i oni mogą się okazać nieświadomym swej roli, elementem tej samej gry, w małej skali, w naszym kraju.
Wracając do Turcji. W tym autokarze, i w tym dziwnym stanie świadomości zrodził się pomysł na coś w rodzaju bloga. Mam nadzieję, że będzie to zbiór ciekawych informacji o tym kraju, coś co może uzupełniać informacje znalezione w przewodniku. Dla mnie będzie to ćwiczenie wymagające przeszukania różnych źródeł i pozwalające uzupełnić braki w moim pojmowaniu tego niezwykłego miejsca.







Brak komentarzy:
Prześlij komentarz